wtorek, 24 stycznia 2017

Z pamiętnika Bridget



Początki zawsze są niewinne. Siema, cześć, hej, jak się masz. Jakaś ciekawość pcha do odbijania piłeczki. Zaczynają się pewniejsze pytania, dłuższe wypowiedzi. Nagle rodzi się szereg wspólnych zainteresowań i podobny światopogląd. Nieśmiało sypią się komplementy. Jest naprawdę miło. Ideał? No chyba! I umawiacie się na randkę – bezpiecznie na kawę lub spontanicznie na piwo do pubu. I bawisz się naprawdę dobrze. W głowie rodzi się wizja potencjalnej... przyszłości. No dobra, tli się nadzieja kolejnych spotkań. Zresztą on pyta o to następne spotkanie. Po czym... kontakt się urywa. Myślisz, że coś mu wypadło, nie siedzi na facebooku, może ma coś ważnego do załatwienia. Ale mija dzień, dwa, trzy. Zaczynasz myśleć – cholera, pewnie zrobiłam z siebie kretynkę. Nie polubił mnie, nie podobam mu się. Na pewno świetnie się teraz bawi z inną dziewczyną. W międzyczasie zawalasz mu skrzynkę „Jak Ci minął weekend?”, piszesz jednak pierwsza, bo starasz się być sobą a nie wyniosłą damulką, która nie pisze pierwsza. Pózniej zostawiasz mu jeszcze jakąś wiadomość. A on żadnej nie wyświetlił. Czujesz się jeszcze gorzej i żałujesz, że dałaś się sprowokować do napisania. Jesteś desperatką. Trochę tęsknisz za nim, bo naiwnie uwierzyłaś w wypowiadane słowa. Chciałaś czuć się wyjątkowo. Twój ostatni poważny związek skończył się 2 lata temu. A wszystkie inne były tylko powierzchownymi znajomościami. I znów się wściekasz, bo liczyłaś na coś więcej. Czwarty raz kasujesz tindera. W puste miejsce po aplikacji wklejasz ryanaira. Może nie wykupisz sobie lotu na Bali, ale jest to już sto razy lepsza ikonka niż ten jebany płomień. Zgliszcza kurwa. Na nowo nakreślasz hierarchię wartości oraz cele – będę nastawiona na siebie, rozwinę jakieś pasje, schudnę. Zero facetów. Już nie zaufam żadnemu kutasinie. Postaram się być szczęśliwa. Widocznie to nie jest mój czas na miłość lub nie jestem stworzona do związku. Głupio, że mam same słabe doświadczenia z chłopakami. Że kolejny raz się na kimś zawiodłam. Już nie obwiniam siebie – że jestem jakaś niewydarzona, za brzydka, za gruba czy coś. Znam swoją wartość. Faktycznie za szybko się przywiązuję, ale czy w mężczyznach nie ma już chęci determinacji, spróbowania podjęcia znajomości? Odpychają się kolejnymi szybkimi randkami? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Jestem typem kobiety przejmującej inicjatywę, bo nie lubię pierdołowatych ciot. Jane Austen i jej przeklęta "Duma i uprzedzenie". Albo wszystko albo nic. I wtedy okazuje się, że odstraszyłam fajnego chłopaka.

Jestem kolejną Bridget, ale już nie będę się tym dłuższej zadręczać. Przynajmniej do 30-stki.
Kończę, bo właśnie zmieniam moje życie albo tak mi się wydaje.

Wasza Bridget


Od Garusa:
/Prawdopodobnie posty krytyczno-egzystencjalne i Z pamiętnika Bridget będą się naprzemiennie przewijać. Chociaż Bridget ma teraz doła - bez obaw! Będzie miała jeszcze mnóstwo przygód, przypałów i będzie jeszcze szczęśliwa. Jest w końcu kobietą./




Garus

środa, 4 stycznia 2017

Gdzie byłaś?




Był 1 stycznia. Rozklekotany autobus sunął przedpolami nowej rzeczywistości. Czytałam wywiad z jakimś prl-owskich artystą coraz bardziej rozpraszana przez ludzi widma jadące razem ze mną. Pierwszy siedział na przeciw mnie. Zgonujący szesnastolatek przewracał się na strony podkurczając patyczkowate nóżki w czarnych, dziurawych rurkach. Obok niego zakaszlała kobieta trzymająca psa na kolanach. Dziecko spało odcinając się od mdłego środowiska cuchnącego wczorajszym wieczorem. Ktoś mnie szturchnął z prawej strony. Dosiadający się wąsal i jego towarzyszka wyglądali tak obco a zarazem tak podobnie do innych. Byli trochę wędrowcami a trochę bezdomnymi. Szeptali coś o Reni, która chciała elektryczną maszynkę do mięsa. Nie pamiętam kim była Renia, zresztą mało mnie to już interesowało. Do moich nozdrzy dobijał się fetor spoconych rolników w brudnych butach. Byli pijani w sztok, nieogoleni, obleśni, sprośni. Ciskali kurwami wspominając o libacji u Mariana. Flaszka niepokojąco poruszyła się w kieszeni kurtki jednego z nich. Gdyby się zbiła stałoby się prawdziwe nieszczęście. Wysiadłam kilka przystanków wcześniej. Oczyszczający deszcz zaczął uderzać mnie po skroniach. W głowie pobrzmiewał Chet Faker „tytyryty tytyryty tyty”. Polisemiczne określenia odebrały zdolność przypominania czegokolwiek z tekstualnego łańcucha. Byłam chora. Błądziłam, chwytałam nieobecne fonemy. Widziałam twarz mojego mistrza, dryblasa intelektualisty. Nawiedzał moją głowę bezustannie. Choć od miesięcy nie było go już tutaj, jego symulakr niszczył mnie od środka. Reprezentował wszystkie nasze dawne wspomnienia o Lacanie i każdy ciśnięty niedopałek o wildecki beton. Oddychał i wył z bólu wraz ze mną. Gdy wiedziałam i nie wiedziałam nic. Wpadałam w panikę braku czujności i dyscypliny. Pozostał. Chyba było już ciemno. Mogłam już nie widzieć, nie chwytać, nie czuć, nie ufać. Może wcale nie było autobusu 651 łączącego Mosinę z dębieckim Poznaniem. A ja ściskam kłamstwa uwięziona w white cubie i bawię się słowami. Gdyby flaszka się zbiła stałoby się prawdziwe nieszczęście, bo nie ma nic poza tekstem.


Garus.

piątek, 12 sierpnia 2016

Manet

Kolejny raz wakacyjny czas dosłownie przepływa mi przez palce. Gonitwa za pieniądzem z zamysłem odłożenia czegoś na górkę sponiewiera na tyle mój umysł, że jedyną, acz bardzo dosadną pauzą okazała się mini wyprawa do Hamburga wraz z początkiem lipca. Nadal myślami wracam do tej precyzji niemieckiego miasta portowego, chociaż coraz bardziej wypiera ten czar zbliżająca się wizja terenówki we Wrocławiu. Mieście równie cudnym i bogatym w XIX-wieczną architekturę. Jednak nie miasto a pewna placówka  skłoniła mnie do zamieszczenia postu. Mianowicie – Kunsthalle. Tamtejsze muzeum sztuki to (jak zwykle w moich doświadczeniu zachodnich muzeów) skupisko mistrzowskich perełek na których widok dostaje ataku epilepsji. Cóż, przywykłam widywać w „Sali Moneta” jedno dzieło Moneta ( if you know what I mean). A tu co krok Tycjany, Rubensy, Velazquezy... Tak do znudzenia. Pardon, Caspary Friedrichy... dla ścisłości. W końcu jesteśmy w Niemczech. 
Na balkonie, fot. własna.

Na całe szczęście, mój pobyt zbiegł się z trwającą wystawą „Manet. Painting the Gaze”. No lepiej być nie mogło! Stanąć oko w oko  z „Naną”, „Balkonem”, „Balem maskowym w operze” sprzyja impresjonistycznemu orgazmowi i pewnie sto lat jeszcze mogłabym nawijać słodziuteńko jaki super jest Manet, ale wybiorę jednak bardziej profesjonalne podejście i zwięźle odniosę się do napotkanego tematu. Paryż okresu belle-epoque jest miejscem zgnilizny opakowanej w pudrowy kostium konwenansu. Mieszczańskie grzeszki moralne sprytnie zmiatane są pod obyczajowy dywanik naprzeciw któremu wyszli artyści antyakademiccy spod znaku realistów. I tu też zaczynają się utarczki Maneta ze światem burżuazji. Fajnie, że maluje współczesne mu scenki salonowo-buduarowe, rodzajowe w klimacie weduty. W końcu „Il faut vivre avec son temps” – trzeba żyć swoim życiem/ być częścią teraźniejszości. Jakiś problem? Oooowszem i to poważny. Pan Manet jest doskonałym obserwatorem i dokumentuje, a właściwie wytyka. Wytyka grzeszki mieszczaństwa. Przykład: Olimpia. Panowie chodzili do burdelów. Wiemy, że prostytucja miała się wtedy świetnie, ale. Ale nie mówmy o tym. A co robi Manet? Nie dość, że maluje prostytutkę ( pozująca Victorine Meurent nie była dla ścisłości prostytutką, aczkolwiek nie cieszyła się dobrą sławą  w opinii publicznej) przybierającą pozę tycjanowskiej Wenus pośród zmiętej pościeli (jasny gwint! Temat mitologiczny – temat święty. Przecież gołe baby można pokazywać pod płaszczykiem mitologii czy religii, ale nigdy nie świeckim, tak po prostu). Jeszcze to bylibyśmy w stanie przełknąć, ale spojrzenia modelki już nie. Pani Olimpia otrzymuje kwiaty od swojego potencjalnego klienta, a patrzy... Patrzy na widza, który jest nikim innym jak właśnie gościem jej buduaru. Skandal! Takiej prawdy Paryż na klatę nie chciał przyjąć. Zwłaszcza, że w 1863 r. spojrzenia paryżan zatrzymały się na równie skandalicznym „Śniadaniu na trawie”.
Litografia Daumiera, fot. własna

A Manet z uporem maniaka maluje dalej. I zawsze angażuje widza, który patrząc na „Balkon” jest uczestnikiem pędzącego jak maszyna świata żeliwnych konstrukcji na których szczytach stoją ludzie poddani nieustannej obserwacji przez społeczeństwo. Chce się aż przywołać fragm. „Moralności Pani Dulskiej” o praniu własnych brudów wewnątrz własnych mieszkań. Na próżno. Już stoimy na estradzie ludzkich spojrzeń.

Manet w Kunsthalle do 4.09.2016
Naukowy artykuł o Manecie w kontekście wystawy poczyniła A. Kargul w lipcowym Arteonie do którego również odsyłam chętnych obszerniejszej lektury (7/2016).

fot. własna